Posty

wyobraź sobie

Obraz
Wyobraź sobie, że ktoś, całkiem niespodziewanie, proponuje: daję ci czas - tyle, ile potrzebujesz - żebyś stworzył/stworzyła (namalowała, napisała, zagrała, obliczyła, wymyśliła, przeczytała, opisała, wyczyściła, zagrała itp.) coś najlepiej, jak potrafisz. Może masz jakiś ciekawy pomysł, innowacyjny, może kreuje się w twojej głowie jakaś idea - zajmij się tym. Doprowadź do takiego etapu, do jakiego chcesz. Zajmij się tym tak długo, jak chcesz czy potrzebujesz. Idziesz na to?

Serio, spróbuj sobie coś takiego wyobrazić. Niech będzie to coś, co sprawiłoby ci ogromną frajdę, co pozwoliłoby ci odpłynąć, a właściwie popłynąć w swoim działaniu, zapomnieć o całym świecie i działać. Rozwijać się. Otwierać drzwi, których jeszcze nie otwierałeś/otwierałaś, choć bardzo chciałeś/chciałaś. Może chcesz pobiec? Przed siebie, z całych sił? Biegnij! Może chciałabyś napisać wiersz - napisz. A może gotowanie jest twoją pasją i chciałbyś pobawić się w kuchni smakami, konsystencjami, kolorami? Proszę bardz…

spotkajmy się

Wstęp
O traktowaniu wychowanka podmiotowo po raz pierwszy usłyszałam bardzo dawno temu. Zdaje się, że było to na studiach licencjackich w Koninie - robiliśmy portfolia, uczyliśmy się metodyki poszczególnych edukacji, mieliśmy praktyki - tak, to własnie podczas tych działań ktoś powiedział, że uczeń  powinien być nie przedmiotem, a podmiotem naszych działań. Pamiętam, że było to dla mnie odkrywcze, mimo swojej oczywistości, i bardzo mi się taka koncepcja podobała.

Później ta podmiotowość ucznia/wychowanka przewijała się przez całe lata mojej pracy z dzieciakami. Odmieniana przez wszystkie przypadki, mile widziana w dokumentacji, będąca obiektem badań i kontroli instytucji wszelakich. Nie można było sobie pozwolić na to, aby na jakimkolwiek papierze nie wynikało jasno, że traktujemy każde dziecko indywidualnie, z należytą uwagą - podmiotowo właśnie.

Tyle. Jeśli pani z kuratorium jaśnie nam panującego, która nie zna żadnego z dzieci, nie widziała żadnego z nauczycieli przy pracy z grupą …

z niebem na karku

Dawno temu gdzieś przeczytałam zdanie (czy to nie był czasem tytuł jakiejś książki?), które od czasu do czasu odtwarza się w mojej głowie. Brzmiało mniej więcej "jeśli chcesz przychylić nieba swojemu dziecku, uważaj, żeby mu ono nie spadło na głowę". Świetny tekst - krótki, a zawiera całe niebo treści 😉. Zdanie to przypomina mi się czasami ot tak, bez kontekstu - jadę samochodem i myślę sobie właśnie to zdanie.  Czasami jednak mam tak, jak to u ludzi z reguły bywa - zdanie przychodzi, bo okoliczności są ku temu sprzyjające.

Ostatnio na przykład wyświetliło mi się z okazji obchodzonego każdego roku Dnia Dziecka. Jeśli mam być szczera, to nie lubię tego dnia. To znaczy inaczej - dzień jak dzień - nie przeszkadza mi prywatnie, chętnie wtedy obdaruję czymś mojego syna i z przyjemnością popatrzę, jak się cieszy. Bo z reguły się cieszy. Nie lubię tego dnia  z a w o d o w o. Za każdym razem, kiedy maj dobiega końca, z rezygnacją i niechęcią czekam na to, co się w szkole (dawniej w…

szkoła jest najważniejsza!

Czytaliście książkę Andre Sterna "... i nigdy nie chodziłem do szkoły."? Ja czytałam. Kiedy więc dowiedziałam się, że jej autor będzie w Poznaniu i że będzie można go posłuchać, nie wahałam się ani chwili. Wpłaciłam drobną kwotę i zapisałam się na spotkanie.
I oto właśnie było. Dzisiaj. Koniecznie muszę wam o tym człowieku opowiedzieć, kiedy wszystkie moje wrażenia są jeszcze świeże.

Założę się, że wielu z was zdanie zapisane w tytule tego posta nie jest obce. Dorośli nierzadko powtarzają dzieciom, że to, co jest najważniejsze, to skończyć szkołę(y). Najlepiej tą najlepszą, najwyższą i z najlepszymi notami. Zapewne robią to z troski o dziecko - nikt nie chce, żeby jego dziecko było ograniczone intelektualnie, niedouczone, mało inteligentne itp. (jeśli chodzi o wyrażenia w tym zdaniu, to strzelam - nie umiem sobie wyobrazić, co myśli taki dorosły).
No cóż, proszę zatem usiąść i posłuchać. Spotkałam dzisiaj albowiem człowieka, dorosłego, ponad 40-letniego mężczyznę, który nigd…

test, testu, testowi, test, testem, teście

Wpis ten będzie wynikiem dwóch wydarzeń, których miałam okazję doświadczyć w ostatnim czasie. Jeden z nich to konferencja "Od kultury nauczania do kultury uczenia się. Uczniowie twórcami materiałów dydaktycznych"w Konstancinie, w której miałam przyjemność uczestniczyć w poprzednim tygodniu. Drugim z kolei jest towarzyszenie dzieciom z mojej klasy podczas pisania przez nich testu, w czym miałam nieprzyjemność brać udział dzisiaj. Test ów, będący konkursem, dzieci pisały w wyniku zgłoszenia ich udziału przez rodziców, na co nie miałam żadnego wpływu. Szkoła zorganizowała.

Podczas, gdy dzieci pisały test, ja z ciekawości weszłam sobie na stronę organizatora owego konkursu i oto, co przeczytałam:

"Ogólnopolski Konkurs Przedmiotowy "LEON" powstał w 2013 roku. Początkowo był to konkurs językowy, jednak szybko okazało się, że uczniowie chętnie wzięliby udział w konkursach z innych przedmiotów. Tak zrodził się Ogólnopolski Konkurs Przedmiotowy "Leon", który …

w poszukiwaniu podmiotu

Przeczytałam ostatnio książkę - nieduża jest, cienka, dość niewygodną czcionką napisana, bo małą taką - "Zamiast edukacji przymusowej" Petera Hartkampa. Książkę tę polecam każdemu, kogo interesuje temat edukacji i szkoły. Autor w bardzo czytelny, nieprzegadany sposób pokazuje, jak szkoła systemu pruskiego łamie - jego zdaniem - prawa dziecka. Naprawdę warto.

Ja do tej książki na pewno jeszcze wrócę, a piszę o niej tutaj dlatego, że ona świetnie wpisuje się w temat posta, którego napisanie planowałam jeszcze zanim tą książkę przeczytałam. Głównym tematem tego wpisu będzie uczeń w szkole, a właściwie jego BRAK. Już wyjaśniam.

Jak wiecie, drodzy czytający, pracuję w szkole. Jestem tam codziennie, nie licząc sobót i niedziel, i trochę się nasłucham. Jak człowiek tak się nasłucha i przesiąknie tą mową oświatową, to nie wie nawet kiedy sam zaczyna tak mówić, za co wszystkich moich przeszłych i przyszłych rozmówców serdecznie przepraszam. Ale do rzeczy...

Mowa oświatowa (nie nazyw…

Pełna zgoda, panie Celestynie!

Dobra szkoła to nie szkoła "świątynia", nie "cieplarnia" i nie "koszary" - to szkoła alternatywna, to "plac budowy".
C. Freinet: Gawędy Mateusza, PSAPCF, Gniezno, s.16, za  Warsztatownia Freinetowska w Cogito, red. Marzena Kędra, Poznań 2018.

Idę o zakład, że gdyby pan Freinet tego nie napisał, to pewnego dnia ja stworzyłabym taką sentencję. Za długo chodziła po mojej głowie, za często raziło mnie traktowanie placówki oświatowej (brrrr... ta oświatowa nowomowa) jak wersji pokazowej, żebym w końcu nie wydusiła z siebie takich właśnie mądrych słów. No cóż, nie wydusiłam (choć chciałabym), więc korzystam z gotowego cytatu, który zaśpiewał do mnie przy wtórze chóru anielskiego parę dni temu, kiedy czytałam "Warsztatownię Freinetowską".

Dobra szkoła to nie świątynia...
Z czym kojarzy wam się świątynia? Ja wprawdzie nie uczęszczam (chyba, że przy okazji rekolekcji w szkołach), ale pamiętam całkiem dobrze. Po pierwsze w świątyni się nie mówi gł…