Posty

szkoła jest najważniejsza!

Czytaliście książkę Andre Sterna "... i nigdy nie chodziłem do szkoły."? Ja czytałam. Kiedy więc dowiedziałam się, że jej autor będzie w Poznaniu i że będzie można go posłuchać, nie wahałam się ani chwili. Wpłaciłam drobną kwotę i zapisałam się na spotkanie.
I oto właśnie było. Dzisiaj. Koniecznie muszę wam o tym człowieku opowiedzieć, kiedy wszystkie moje wrażenia są jeszcze świeże.

Założę się, że wielu z was zdanie zapisane w tytule tego posta nie jest obce. Dorośli nierzadko powtarzają dzieciom, że to, co jest najważniejsze, to skończyć szkołę(y). Najlepiej tą najlepszą, najwyższą i z najlepszymi notami. Zapewne robią to z troski o dziecko - nikt nie chce, żeby jego dziecko było ograniczone intelektualnie, niedouczone, mało inteligentne itp. (jeśli chodzi o wyrażenia w tym zdaniu, to strzelam - nie umiem sobie wyobrazić, co myśli taki dorosły).
No cóż, proszę zatem usiąść i posłuchać. Spotkałam dzisiaj albowiem człowieka, dorosłego, ponad 40-letniego mężczyznę, który nigd…

test, testu, testowi, test, testem, teście

Wpis ten będzie wynikiem dwóch wydarzeń, których miałam okazję doświadczyć w ostatnim czasie. Jeden z nich to konferencja "Od kultury nauczania do kultury uczenia się. Uczniowie twórcami materiałów dydaktycznych"w Konstancinie, w której miałam przyjemność uczestniczyć w poprzednim tygodniu. Drugim z kolei jest towarzyszenie dzieciom z mojej klasy podczas pisania przez nich testu, w czym miałam nieprzyjemność brać udział dzisiaj. Test ów, będący konkursem, dzieci pisały w wyniku zgłoszenia ich udziału przez rodziców, na co nie miałam żadnego wpływu. Szkoła zorganizowała.

Podczas, gdy dzieci pisały test, ja z ciekawości weszłam sobie na stronę organizatora owego konkursu i oto, co przeczytałam:

"Ogólnopolski Konkurs Przedmiotowy "LEON" powstał w 2013 roku. Początkowo był to konkurs językowy, jednak szybko okazało się, że uczniowie chętnie wzięliby udział w konkursach z innych przedmiotów. Tak zrodził się Ogólnopolski Konkurs Przedmiotowy "Leon", który …

w poszukiwaniu podmiotu

Przeczytałam ostatnio książkę - nieduża jest, cienka, dość niewygodną czcionką napisana, bo małą taką - "Zamiast edukacji przymusowej" Petera Hartkampa. Książkę tę polecam każdemu, kogo interesuje temat edukacji i szkoły. Autor w bardzo czytelny, nieprzegadany sposób pokazuje, jak szkoła systemu pruskiego łamie - jego zdaniem - prawa dziecka. Naprawdę warto.

Ja do tej książki na pewno jeszcze wrócę, a piszę o niej tutaj dlatego, że ona świetnie wpisuje się w temat posta, którego napisanie planowałam jeszcze zanim tą książkę przeczytałam. Głównym tematem tego wpisu będzie uczeń w szkole, a właściwie jego BRAK. Już wyjaśniam.

Jak wiecie, drodzy czytający, pracuję w szkole. Jestem tam codziennie, nie licząc sobót i niedziel, i trochę się nasłucham. Jak człowiek tak się nasłucha i przesiąknie tą mową oświatową, to nie wie nawet kiedy sam zaczyna tak mówić, za co wszystkich moich przeszłych i przyszłych rozmówców serdecznie przepraszam. Ale do rzeczy...

Mowa oświatowa (nie nazyw…

Pełna zgoda, panie Celestynie!

Dobra szkoła to nie szkoła "świątynia", nie "cieplarnia" i nie "koszary" - to szkoła alternatywna, to "plac budowy".
C. Freinet: Gawędy Mateusza, PSAPCF, Gniezno, s.16, za  Warsztatownia Freinetowska w Cogito, red. Marzena Kędra, Poznań 2018.

Idę o zakład, że gdyby pan Freinet tego nie napisał, to pewnego dnia ja stworzyłabym taką sentencję. Za długo chodziła po mojej głowie, za często raziło mnie traktowanie placówki oświatowej (brrrr... ta oświatowa nowomowa) jak wersji pokazowej, żebym w końcu nie wydusiła z siebie takich właśnie mądrych słów. No cóż, nie wydusiłam (choć chciałabym), więc korzystam z gotowego cytatu, który zaśpiewał do mnie przy wtórze chóru anielskiego parę dni temu, kiedy czytałam "Warsztatownię Freinetowską".

Dobra szkoła to nie świątynia...
Z czym kojarzy wam się świątynia? Ja wprawdzie nie uczęszczam (chyba, że przy okazji rekolekcji w szkołach), ale pamiętam całkiem dobrze. Po pierwsze w świątyni się nie mówi gł…

wartościowa gramatyka

Wpis ten jest rezultatem olśnienia, odkrycia, jakiego dokonałam czytając książkę "Jak uczy się mózg". Po przeczytaniu rozdziału o wartościach chodziłam po domu z - zapewne - wyrazem ogromnego zdumienia na twarzy i powtarzałam: a więc tak to działa... ach, to dlatego.... dlaczego nikt mi tego wcześniej nie powiedział?... dlaczego nie rozmawia się o tym w środowisku wychowawców i nauczycieli?, dlaczego nie mówią o tym na studiach pedagogicznych...???

Ale może po kolei..

Subiektywnie uważam, że najtrudniejszym elementem pracy z młodymi ludźmi jest ich wychowanie. I to bez względu na to, czy jest się rodzicem czy nauczycielem - najtrudniej jest dotrzeć do dzieci i młodzieży z informacją, że tak, a tak się powinno, natomiast w ten i ten sposób się nie postępuje. Odkąd pracuję z dziećmi szukam sposobu, żeby powiedzieć im, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka i że nikt z nas nie ma prawa krzywdzić drugiej osoby. Że ważne jest, aby dbać o siebie i swoje potrzeby i że jest …

ruszanie mózgownicą

Najpierw było przeczucie. Pojawiło się naprawdę bardzo dawno temu, ale że nie znalazło ono potwierdzenia w słowach czy czynach osób z mojego otoczenia, siedziało sobie cicho, przytłoczone brakiem mego doświadczenia.
Z roku na rok mojej pracy zawodowej, wraz ze wzrostem doświadczenia i okazji, kiedy mogłam obserwować dzieci, przeczucie urosło na tyle, że niekiedy myliło mi się z pewnością. Z takim czymś w głowie nie sposób walczyć, dlatego zaczęłam bardzo ostrożnie i z dużą niepewnością te przeczucia wdrażać w moje przebywanie z dziećmi. Kroki stawiałam mało może znaczące z obiektywnego punktu widzenia, ale dla mnie ważne. Pozwalałam na przykład dzieciom rozmawiać ze sobą podczas posiłków, a tym , którzy zjedli wcześniej nie kazałam siedzieć i czekać, aż zjedzą wszyscy jego współtowarzysze stolikowi. Wychodziłam z dziećmi na dwór nawet wtedy, kiedy padał drobny deszcz. Nawet wtedy, kiedy błoto zagrażało czystości ich (i moich) butów. Pozwoliłam dzieciom zrobić przedstawienie, w którym …

rozmyślania nad indywidualizacją

Niedawno w szkole, w której pracuję, odbyła się wizytacja pań z kuratorium. Od razu przepraszam osoby czułe na punkcie nazewnictwa - nawet nie wiem, czy teraz nazywa się to wizytacją, kontrolą, wsparciem czy badaniem... Jak zwał, tak zwał, w sumie ciągle chodzi o to samo. A chodzi o to, że w umówionym wcześniej terminie przychodzą do danej szkoły wybrane osoby (najczęściej są to kobiety) z kuratorium i sprawdzają, jak szkoła sprawuje się w danym zakresie. Czasami zakresów jest dużo, czasami zakres jest jeden - nie wiem, od czego to zależy.

No więc w szkole, w której pracuje odbyła się wizytacja pań z kuratorium. Taka wizyta(cja) to - nie powiem - dość atrakcyjny temat na posta, ale ja nie o tym chcę dzisiaj pisać. Bardziej nurtuje mnie bowiem obszar, jaki był w naszej szkole badany (kontrolowany?). Celem pań wizytatorek było albowiem sprawdzenie, czy w szkole ma miejsce  i n d y w i d u a l i z a c j a.

Słowo odmieniane przez wszystkie przypadki najpierw na studiach pedagogicznych, po…