Posty

wartościowa gramatyka

Wpis ten jest rezultatem olśnienia, odkrycia, jakiego dokonałam czytając książkę "Jak uczy się mózg". Po przeczytaniu rozdziału o wartościach chodziłam po domu z - zapewne - wyrazem ogromnego zdumienia na twarzy i powtarzałam: a więc tak to działa... ach, to dlatego.... dlaczego nikt mi tego wcześniej nie powiedział?... dlaczego nie rozmawia się o tym w środowisku wychowawców i nauczycieli?, dlaczego nie mówią o tym na studiach pedagogicznych...???

Ale może po kolei..

Subiektywnie uważam, że najtrudniejszym elementem pracy z młodymi ludźmi jest ich wychowanie. I to bez względu na to, czy jest się rodzicem czy nauczycielem - najtrudniej jest dotrzeć do dzieci i młodzieży z informacją, że tak, a tak się powinno, natomiast w ten i ten sposób się nie postępuje. Odkąd pracuję z dziećmi szukam sposobu, żeby powiedzieć im, jak ważny jest szacunek do drugiego człowieka i że nikt z nas nie ma prawa krzywdzić drugiej osoby. Że ważne jest, aby dbać o siebie i swoje potrzeby i że jest …

ruszanie mózgownicą

Najpierw było przeczucie. Pojawiło się naprawdę bardzo dawno temu, ale że nie znalazło ono potwierdzenia w słowach czy czynach osób z mojego otoczenia, siedziało sobie cicho, przytłoczone brakiem mego doświadczenia.
Z roku na rok mojej pracy zawodowej, wraz ze wzrostem doświadczenia i okazji, kiedy mogłam obserwować dzieci, przeczucie urosło na tyle, że niekiedy myliło mi się z pewnością. Z takim czymś w głowie nie sposób walczyć, dlatego zaczęłam bardzo ostrożnie i z dużą niepewnością te przeczucia wdrażać w moje przebywanie z dziećmi. Kroki stawiałam mało może znaczące z obiektywnego punktu widzenia, ale dla mnie ważne. Pozwalałam na przykład dzieciom rozmawiać ze sobą podczas posiłków, a tym , którzy zjedli wcześniej nie kazałam siedzieć i czekać, aż zjedzą wszyscy jego współtowarzysze stolikowi. Wychodziłam z dziećmi na dwór nawet wtedy, kiedy padał drobny deszcz. Nawet wtedy, kiedy błoto zagrażało czystości ich (i moich) butów. Pozwoliłam dzieciom zrobić przedstawienie, w którym …

rozmyślania nad indywidualizacją

Niedawno w szkole, w której pracuję, odbyła się wizytacja pań z kuratorium. Od razu przepraszam osoby czułe na punkcie nazewnictwa - nawet nie wiem, czy teraz nazywa się to wizytacją, kontrolą, wsparciem czy badaniem... Jak zwał, tak zwał, w sumie ciągle chodzi o to samo. A chodzi o to, że w umówionym wcześniej terminie przychodzą do danej szkoły wybrane osoby (najczęściej są to kobiety) z kuratorium i sprawdzają, jak szkoła sprawuje się w danym zakresie. Czasami zakresów jest dużo, czasami zakres jest jeden - nie wiem, od czego to zależy.

No więc w szkole, w której pracuje odbyła się wizytacja pań z kuratorium. Taka wizyta(cja) to - nie powiem - dość atrakcyjny temat na posta, ale ja nie o tym chcę dzisiaj pisać. Bardziej nurtuje mnie bowiem obszar, jaki był w naszej szkole badany (kontrolowany?). Celem pań wizytatorek było albowiem sprawdzenie, czy w szkole ma miejsce  i n d y w i d u a l i z a c j a.

Słowo odmieniane przez wszystkie przypadki najpierw na studiach pedagogicznych, po…

trzy razy P...

.... czyli Podstawa, Podręcznik i Powinno-się.

Państwo nasze napisało (i średnio co 4 lata zmienia) dość opieszale i z ogromną pewnością siebie dokument zwany podstawą programową dla nauczania uczniów na takim to, a innym poziomie (pozwólcie, że daruję sobie pełne nazwy tych dokumentów, rozporządzeń i ustaw - nie ma to da sprawy najmniejszego znaczenia). Panie i panowie ministrowie, otoczeni wybranymi przez siebie ekspertami, usiedli pewnego dnia przy stole i ustalili, co dziecko, dajmy na to 9-letnie, musi wiedzieć i umieć skończywszy trzecią klasę szkoły podstawowej. KAŻDE dziecko, w KAŻDYM miejscu w KAŻDEJ polskiej szkole. Proste, prawda? Nauczyciel staje przed klasą, średnio 20-25 osobową (choć ja mam to szczęście, że staję przed grupą dwunastu uczniów, to pewnie jeszcze dużo zmian mnie w życiu czeka) i wszystkie te dzieci powinien nauczyć tego samego. Pomóc mu w tym mają podręczniki.

Proszę sobie te podręczniki jakoś wyobrazić. Albo przypomnieć sobie swoje własne ze szkoły. Można…

kto czyta, mniej błądzi... czyli polecam książkę

Od jakiegoś już czasu obserwuję u siebie symptomy uzależnienia od książek na temat "tego innego" podejścia do edukacji. Z chorobliwą niecierpliwością wkładam do koszyka tytuły, o kórych gdzieś przeczytałam czy usłyszałam. Dziękuję panu Zuckerbergowi za Facebooka - za to źródło wszelkich wiadomości, czasami nawet tych dobrych ;).
Z tymi książkami bywa różnie - niektóre z nich wciągają mnie od pierwszej strony i trzymają w zachwycie do strony ostatniej (jak np: Neurodydaktyka pani Marzeny Żylińskiej), z innymi zmagam się nieco, przerywając ich lekturę na rzecz książki innej (książka Szczęśliwy Mózg Ricka Hansona czeka, aż do niej wrócę). Są też takie, które na początku mnie trochę nudzą, ale tylko po to, by później nagrodzić moją wytrwałość. Taką książką jest właśnie Uczyć (się) z pasją Pernille Ripp.


Pozwólcie, że opowiem wam krótko o sytuacji nauczyciela, który próbuje zrobić coś inaczej w polskiej, zwykłej szkole. Obraz ten będzie oczywiście skrajnie uogólniony - wiadomym …

przeprowadźmy mały sprawdzian....

".... wytrzymałości duszy na ból...." - pamiętacie tę piosenkę zespołu Hey? Kiedy tylko pomyślałam, że czas już napisać tego posta, piosenka ta automatycznie włączała się w mojej głowie. Nie powiem - piosenka podobała (i podoba) mi się bardzo, szkoda tylko, że wybrzmiewa mi w myślach w związku z pomysłem na tekst o szkole.... ;)


Jaki sprawdziam chodzi mi po głowie? Otóż mam propozycję (zdaje się, że już kiedyś taka padała na tym blogu), żeby wyobrazili sobie Państwo, że są na spotkaniu w pewnej dużej firmie. Na holu postawiono krzesła, można zająć jedno z nich, na froncie stoi mównica. Na każdym z krzeseł ktoś położył teczki - niech będą granatowe - na których wydrukowano czerwonymi drukowanymi literami "TRZEBA PODPISAĆ". Na razie nikt nie ma śmiałości otworzyć teczki - wszyscy czekają, aż na mównicy pojawi się osoba, która powie, co i jak z tymi teczkami. Wśród przybywających można wyczuć atmosferę podnieconego oczekiwania, słychać ciche szepty, każdy zastanawia s…

lektura obowiązkowa

Piszę ten tekst zainspirowana obserwacjami, które poczyniłam zarówno w szkole, jak i w domu. Jest albowiem pewien młody człowiek, jedenasty rok życia mu idzie, który mieszka ze mną pod jednym dachem i który, jak każde dziecko w Polsce, podlega obowiązkowi szkolnemu. Mam nadzieję, że za jakiś czas mój syn nie będzie mi wyrzucał, że "użyłam go" w internecie :).

Zanim przejdę do meritum, kilka słów wstępu (zawsze czuję mały zgrzyt, kiedy przy pisaniu używam wyrażenia "słowo", podczas gdy powinnam użyć "wyraz" - ale kilka wyrazów wstępu? mhmm.... nie pasuje).
Junior zaczął czytać dość wcześnie i bez pomocy szkoły (znaczy można, ale oczywiście nie trzeba 😉). Książki u nas zawsze były, są i będą i do czytania jakoś nie trzeba nas zachęcać (nas, znaczy mnie, Juniora i małżonka szanownego). Oprócz wzbogacania własnego księgozbioru, korzystamy z usług biblioteki, więc syn nasz na brak książek nie narzeka. Czyta różne tytuły - te, które cieszą mą matczyną duszę i …