Posty

puzzle

Jak niektórzy z Czytających wiedzą, zmieniłam pracę. Od września pracuję w prywatnej szkole podstawowej w Poznaniu. Bardzo się cieszę, że tam jestem, bo idea tej szkoły, sposób, w jaki zorganizowana jest tam nauka, sposób traktowania ucznia  - wszystko to jest bardzo bliskie temu, jak ja wyobrażam sobie dobrą szkołę. I to jest dobre :)

Pracuję tutaj na nieco innych zasadach, niż w poprzedniej szkole, przyznam, że proces oswajania się przebiega u mnie z sukcesem, choć zdarzają mi się chwile zwątpienia czy wewnętrznego sprzeciwu. I to też jest dobre, bo sporo po drodze uczę się o sobie samej, co w moim wieku nie jest już takie oczywiste. A jednak.

Pardon, że co jakiś czas odchodzę od komputera, smażę jednocześnie racuchy i nie chciałabym czegoś spalić. 😉

Ostatnio przyszło mi zmierzyć się z nie lada problemem (przynajmniej z mojej perspektywy był naprawdę spory), który można by ująć w pytaniu: Czy podczas zajęć uczeń może sam decydować o tym, czy bierze w nich udział czy nie? Innymi słow…

meritum sprawy

No cóż - nie stanęliście Państwo (z wielkiej litery) na wysokości zadania. Nie wykazaliście się odrobiną nawet wysiłku, żeby połechtać moje ego pisankowe 😈 i zostawić pod ostatnim postem choć jedno przemyślenie na temat szacunku.... Nic to jednak, poradziłam sobie. Wstawiłam linka z pytaniami na grupie fejsbukowej Nauczyciele filozofii i etyki i otrzymałam niezwykle rozbudowany komentarz do tego wpisu. Napisała go, jak się później okazało, pani prof. Ewa Nowak z UAM, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Nie powiem, nie wszystkie słowa zrozumiałam 😕, ale sens jej wypowiedzi był dla mnie nad wyraz jasny: szacunek należy się każdemu.


"Po prostu każde słowo, gest, mimika, zachowanie i działanie "przenika" szacunek. Nawet, gdy nic nie robimy. Od początku traktujemy młodego człowieka serio, nie udajemy, nie wymachujemy autorytetem, nie oczekujemy czołobitności ani konformizmu.Dzieci są dumne i radosne, jeśli widzą, że to co robią, "działa", ma sens, jest potrzebne…

tylko z szacunkiem proszę...

Od jakichś dwóch tygodni chodzi mi po głowie pomysł na wpis o komunikowaniu się z dziećmi w szkole, temat relacji nauczyciel  - uczeń. Nie chodzi on jednak na tyle boleśnie i dokuczliwie, żebym miała się w upale zrywać i pisać - ciągle było jakieś "ale": ale jest mi duszno...., ale czytam książkę...., ale dzisiaj już tyle zrobiłam..., ale paznokcie...., ale nie chce mi się.... I tak dalej i tym podobne. Dzisiaj powiedziałam sobie "basta wymówkom!", siadaj i pisz! Potrafię być stanowcza 😤

Zasiadam więc do komputera, pierwsze zdania układam sobie w mózgownicy, a tu - jak na złość - za każdą myślą podąża pytanie. Jedno, drugie, trzecie... Nie no, tak pisać nie dam rady! Nie ruszę z tym tekstem, jeśli nie odpowiem sobie na podstawowe pytania i jeśli wspólnie z Czytającymi nie wyjaśnimy sobie pewnych kwestii. Bez tych odpowiedzi tekst będzie zawieszony w pojęciowej próżni i przeleci przez oczy Czytacza nie zatrzymując się na dłużej w jego szarych komórkach. A takie pis…

wyobraź sobie

Obraz
Wyobraź sobie, że ktoś, całkiem niespodziewanie, proponuje: daję ci czas - tyle, ile potrzebujesz - żebyś stworzył/stworzyła (namalowała, napisała, zagrała, obliczyła, wymyśliła, przeczytała, opisała, wyczyściła, zagrała itp.) coś najlepiej, jak potrafisz. Może masz jakiś ciekawy pomysł, innowacyjny, może kreuje się w twojej głowie jakaś idea - zajmij się tym. Doprowadź do takiego etapu, do jakiego chcesz. Zajmij się tym tak długo, jak chcesz czy potrzebujesz. Idziesz na to?

Serio, spróbuj sobie coś takiego wyobrazić. Niech będzie to coś, co sprawiłoby ci ogromną frajdę, co pozwoliłoby ci odpłynąć, a właściwie popłynąć w swoim działaniu, zapomnieć o całym świecie i działać. Rozwijać się. Otwierać drzwi, których jeszcze nie otwierałeś/otwierałaś, choć bardzo chciałeś/chciałaś. Może chcesz pobiec? Przed siebie, z całych sił? Biegnij! Może chciałabyś napisać wiersz - napisz. A może gotowanie jest twoją pasją i chciałbyś pobawić się w kuchni smakami, konsystencjami, kolorami? Proszę bardz…

spotkajmy się

Wstęp
O traktowaniu wychowanka podmiotowo po raz pierwszy usłyszałam bardzo dawno temu. Zdaje się, że było to na studiach licencjackich w Koninie - robiliśmy portfolia, uczyliśmy się metodyki poszczególnych edukacji, mieliśmy praktyki - tak, to własnie podczas tych działań ktoś powiedział, że uczeń  powinien być nie przedmiotem, a podmiotem naszych działań. Pamiętam, że było to dla mnie odkrywcze, mimo swojej oczywistości, i bardzo mi się taka koncepcja podobała.

Później ta podmiotowość ucznia/wychowanka przewijała się przez całe lata mojej pracy z dzieciakami. Odmieniana przez wszystkie przypadki, mile widziana w dokumentacji, będąca obiektem badań i kontroli instytucji wszelakich. Nie można było sobie pozwolić na to, aby na jakimkolwiek papierze nie wynikało jasno, że traktujemy każde dziecko indywidualnie, z należytą uwagą - podmiotowo właśnie.

Tyle. Jeśli pani z kuratorium jaśnie nam panującego, która nie zna żadnego z dzieci, nie widziała żadnego z nauczycieli przy pracy z grupą …

z niebem na karku

Dawno temu gdzieś przeczytałam zdanie (czy to nie był czasem tytuł jakiejś książki?), które od czasu do czasu odtwarza się w mojej głowie. Brzmiało mniej więcej "jeśli chcesz przychylić nieba swojemu dziecku, uważaj, żeby mu ono nie spadło na głowę". Świetny tekst - krótki, a zawiera całe niebo treści 😉. Zdanie to przypomina mi się czasami ot tak, bez kontekstu - jadę samochodem i myślę sobie właśnie to zdanie.  Czasami jednak mam tak, jak to u ludzi z reguły bywa - zdanie przychodzi, bo okoliczności są ku temu sprzyjające.

Ostatnio na przykład wyświetliło mi się z okazji obchodzonego każdego roku Dnia Dziecka. Jeśli mam być szczera, to nie lubię tego dnia. To znaczy inaczej - dzień jak dzień - nie przeszkadza mi prywatnie, chętnie wtedy obdaruję czymś mojego syna i z przyjemnością popatrzę, jak się cieszy. Bo z reguły się cieszy. Nie lubię tego dnia  z a w o d o w o. Za każdym razem, kiedy maj dobiega końca, z rezygnacją i niechęcią czekam na to, co się w szkole (dawniej w…

szkoła jest najważniejsza!

Czytaliście książkę Andre Sterna "... i nigdy nie chodziłem do szkoły."? Ja czytałam. Kiedy więc dowiedziałam się, że jej autor będzie w Poznaniu i że będzie można go posłuchać, nie wahałam się ani chwili. Wpłaciłam drobną kwotę i zapisałam się na spotkanie.
I oto właśnie było. Dzisiaj. Koniecznie muszę wam o tym człowieku opowiedzieć, kiedy wszystkie moje wrażenia są jeszcze świeże.

Założę się, że wielu z was zdanie zapisane w tytule tego posta nie jest obce. Dorośli nierzadko powtarzają dzieciom, że to, co jest najważniejsze, to skończyć szkołę(y). Najlepiej tą najlepszą, najwyższą i z najlepszymi notami. Zapewne robią to z troski o dziecko - nikt nie chce, żeby jego dziecko było ograniczone intelektualnie, niedouczone, mało inteligentne itp. (jeśli chodzi o wyrażenia w tym zdaniu, to strzelam - nie umiem sobie wyobrazić, co myśli taki dorosły).
No cóż, proszę zatem usiąść i posłuchać. Spotkałam dzisiaj albowiem człowieka, dorosłego, ponad 40-letniego mężczyznę, który nigd…